Najdroższe miasto świata
No, dobra - ponoć Hong Kong jest już droższy, ale Singapur to najdroższe miasto (i państwo) z tych, które odwiedziliśmy przez ostatnie trzy miesiące. Mieliśmy tego świadomość wybierając się do niego, ponieważ okazało się, że chcąc nocować w miarę blisko atrakcji turystycznych, jesteśmy skazani na hotel kapsułowy i to w cenie dwukrotnie przekraczającej nasze wyjazdowe założenia. Hotel był mało komfortowy, za to Singapur bardzo. Trochę się obawialiśmy tych straszliwie restrykcyjnych praw, o których można przeczytać w internecie - że guma do żucia nielegalna, że za śmiecenie można trafić do więzienia, że nie wolno wwozić środków przeciwkomarowych. Na granicy (a przekraczaliśmy ją drogą lądową) mieliśmy trochę stracha - co z naszych bagaży może być zakazane? Nie wiemy nadal, bo odprawa poszła gładko i w piętnaście minut nasz autobus już był ponownie w trasie. Wysiadaliśmy na obrzeżach Singapuru z ulgą i zaciekawieniem. Pewnym wyzwaniem okazała się wspaniale rozbudowana komunikacja miejska. Otóż można płacić albo z pomocą zakupionej wcześniej karty miejskiej (a tej na początku nie mieliśmy), albo karty płatniczej. Ta druga opcja zawiera pułapkę - każdy pasażer musi użyć innej karty. Po krótkich negocjacjach na stacji docelowej na szczęście udało nam się wysiąść.
Miasto jest wielkie, nowoczesne, wspaniale czyste i wielokulturowe. W ciągu trzech dni jakie w nim spędziliśmy, widzieliśmy obchody dwóch świąt różnych religii na tej samej ulicy w Chinatown. Najpierw spacerując w okolicach naszego mało przyjemnego hostelu usłyszeliśmy muzykę. Okazało się, że wzdłuż drogi poprowadzono barierki, a za nimi maszeruje procesja hinduistyczna (obok była świątynia). Tłum ciągnął się bez końca (nie doczekaliśmy, w każdym razie) i był pełen kolorowo ubranych ludzi, często z jakimiś naczyniami na głowie lub rozbudowanymi konstrukcjami na ramionach. Po zbliżeniu okazało się, że znaczna część tych strojów związana jest z osobami je noszącymi z pomocą różnych haków czy szpikulców. Wielu z maszerujących dokonywała swoistej ofiary czy umartwienia. Pytaliśmy przechodniów o nazwę tego święta, ale dostaliśmy różne sprzeczne odpowiedzi. Google podpowiada Thaipusam, w którym "formą modlitwy jest niesienie symbolicznych cieżarów kavedi".
Niedaleko świątyni hindustycznej znajdowała się buddyjska pagoda. Tam również natrafiliśmy na obchody. Te były mniej spektakularne i szokujące dla zewnętrzego obserwatora, ale świątyni była jedną z większych i bardziej, jakoś tak, eleganckich. Znajdowało się w niej nawet muzeum z posążkami buddy z wielu krajów świata oraz relikwie. Ciekawe miejsce.
Świecki Singapur okazał się bardzo przyjaznym miejscem. Komunikacja miejska potrafi dowieźć bez problemów do dowolnego miejsca. Jest mnóstwo szerokich chodników przykrytych daszkiem chroniącym przed słońcem i deszczem. Przejścia dla pieszych i światła są respektowane. Wszyscy mówią płynną angielszczyzną. I to wszystko przy zachowaniu dużej dozy egzotyki, bogactwa różnych kuchni do wyboru i mnóstwa fajnych miejsc do odwiedzenia.
Jedną ze sztandarowych atrakcji Singapuru są Gardens by the Bay - wielki park z mnóstwem większych i mniejszych atrakcji. Wśród tych bezpłatnych są m.in. słynne sztuczne drzewa czy po prostu alejki pełne egzotycznych roślin czy zwierząt.
Są też atrakcje płatne m.in. wielka palmiarnia z 30 metrowym wodospadem (Cloud Forrest) oraz druga z kwiatami (Flower Dome). W pakiecie było taniej, więc poszliśmy do obu, ale po fakcie wydaje się, że kwiatki można było sobie darować - przede wszystkim służyły jako tło do instagramowych zdjęć dla osób lubiących takie miejsca. Za to wodospad był imponujący.
Singapur jest wielki i bogaty. Ma kilka wściekle drogich parków rozrywki oraz akwarium na niewielkiej wyspie. Darowaliśmy sobie Harrego Pottera oraz park wytwórni Universal, ale poszliśmy pooglądać rybki, przy okazji zaliczając również całkiem przyjemną wystawę w brytyjskim forcie z drugiej wojny światowej oraz ponoć najbardziej wysunięte na południe miejsce w kontynentalnej Azji. Akwarium bardzo przyjemne, a i cała wyspa Sentosa to dobrze zorganizowane miejsce.
Pewnie Singapur nie przypadłby nam tak do gustu, gdyby nie długi czas spędzony przygodowo, ale nie zawsze konfortowo. A tak (podobnie jak w Malezji) z radością korzystaliśmy z uroków metra i przestrzeganego prawa drogowego. Choć ceny w restauracjach bolały.










































Komentarze
Prześlij komentarz