Dubaj

W sumie to Dubaj był taki, jak się spodziewaliśmy: bogaty, wielki, drogi. Jednocześnie był też zaskakujący. Nie spodziewaliśmy się, że będzie taki przyjazny dla nas, małych żuczków. Wszędzie natykaliśmy się na przyjaznych ludzi - w sklepach nam tłumaczono meandry kupowania kart SIM (w sumie i tak się nie udało:)), taksówkarze opowiadali o mieście. Wszyscy napotkani ludzie mówili po angielsku - dosłownie wszyscy. W Dubaju taksówkarze mówią lepiej po angielsku, niż w Polsce uberowcy po polsku:) Nawet osoby sprzątające w centrum hadlowym nie miały problemu z komunikacją po angielsku. Większość tablic czy znaków jest również w tym języku (oprócz arabskiego).
Miasto jest wielkie, bardzo czyste i błyszczące. Kiedy wydaje ci się, że ten wieżowiec to jest duży, za nim jest taki o połowę większy, ale za nim jest Burj Khalifa i wszystkie pozostałe są malutkie. Mam trochę wrażenie, że w centrum Dubaju i Abu Dhabi wszystko jest trochę marketingiem, reklamą tego kraju i miast. Ale ja tę reklamę w sumie kupuję. Chociaż w centrum handlowym przy Burj są tylko i wyłącznie bardzo drogie sklepy, przed wejściem zatrzymują się Ferrari, a drzwi otwiera czterech eleganckich panów, to czułem się tam przytłoczony wielkością i ilością, ale nie czułem się intruzem.



Wjechaliśmy na 124 piętro Burj Khalifa (wejść można jeszcze piętro wyżej). To nie jest sam szczyt tego najwyższego budynku świata, ale już się jest zdecydowanie powyżej wszystkiego w okolicy. Taka wycieczka jest droga (ponad 300zł), przebiega w dość sporym tłumie i w sumie jest tak, jak się można spodziewać - można z góry popatrzeć na centrum miasta pełnego drapaczy chmur. Wjechaliśmy tam niedługo przed zachodem słońca spodziewając się, że złota godzina jakoś ładniej rozświetli Dubaj, ale w sumie okazało się, że widoki były najlepsze już po zmroku. Mimo tego raczej bym nie polecał tej wycieczki - za duży tłum, za wysoka cena.

Dużo lepiej bawiliśmy się chodząc po okolicy. Co pół godziny na okolicznym sztucznym jeziorku mają miejsce spektakularne pokazy fontann, ze światłami i muzyką. Ponownie wszystko jest na bogato, Burj służy jako 800-metrowy wyświetlacz, a dźwięk niesie się po całej okolicy. Mimo wielu chętnych, dało się bez większych problemów obejrzeć spektakl.




W dzień wyjazdu ze Zjednoczonych Emiratów poszliśmy jeszcze pospacerować po targach i tzw. Starym Dubaju. Targi oznaczały odganianie się od dość natrętnych sprzedawców, a ich największym hitem, w moich oczach, była publiczna toaleta, godna tego miasta. Wyglądała jak maszyna czasu, miała klimatyzację, wyświetlacz, jak nasz telewizor i odkażała się między każdym klientem.



















Wyjeżdżaliśmy z Szardży, która jest już (przynajmniej na lotnisku) mniej spektakularną, "wizytówkową" stroną Emiratów. To były fajne trzy dni, pełne miłych niespodzianek, choć kosztowły zdecydowanie więcej, niż się spodziewaliśmy wydawać na co dzień.

Komentarze

Popularne posty