Hanoi

Z pewnymi zakrętami, ale z Vang Vieng, przez Wientian i Luang Prabang (to miasto nie chce nas wypuścić) dotarliśmy wreszcie do Hanoi. Ali trochę przeziębiona, więc nic po drodze nie zwiedziliśmy za bardzo. Wpisu o Wientian nie będzie:)

Hanoi nas pozytywnie zaskoczyło. Nieco wyposzczeni komfortu po trzech tygodniach w pięknym, ale dość ubogim w usługi Laosie, z zaskoczeniem odkryliśmy, że z lotniska jedzie miejski autobus, w którym informacje są podane po angielsku, da się gdzieniegdzie płacić kartą, a pokój hotelowy rzeczywiście wygląda, jak na zdjęciach w serwisie, w którym go rezerwowaliśmy. Chociaż to, co pozostało niezmienne (i jest głównie naszą zasługą), to że ulica, przy której był nasz nocleg okazała się przeraźliwie głośna nocami. Nic to, za to mieliśmy dużo restauracji do wyboru. Właśnie - restauracji. To też nas zaskoczyło - niewielka ilość ulicznego jedzenia. W Tajlandii i Laosie to był nasz ulubiony rodzaj żywienia - tani i pełen (zazwyczaj) miłych niespodzianek. W Wietnamie, póki co, mało go doświadczamy, bo po prostu takich sprzedawców jest znacznie, znacznie mniej.



Hanoi z perspektywy przygodnych turystów jest bardzo, bardzo żywe. Legendarny ruch uliczny może przyprawić o zawał, chociaż po tych kilku tygodniach w sąsiednich krajach traktowaliśmy to już jako folklor i przygodę. Nowością było trąbienie - w Laosie i Tajlandii też przejścia dla pieszych są traktowane jako ozdoba, a nie oznaczenie pierwszeństwa, ale tam chociaż na nas nie trąbiono za próbę przejścia:) Trafiliśmy na jakieś święto państwowe (z google wynika, że chodzi o 80 rocznicę utworzenia Ludowej Armii Wietnamu) i ulice w centrum pełne były różnych stoisk, z wystawami o wojskowości, scen z wręczaniem medali młodym sportowcom, czy żołnierzami kaligrafującymi znaki dla publiczności.



Odwiedziliśmy kilka zabytków, w tym Świątynię Literatury - konfucjańską szkołę urzędniczą, w której znów byliśmy świadkami uroczystości, tym razem szkolnych, nie wojskowych.




Wieczorami posnuliśmy się po uliczkach starego miasta, a raz poszliśmy się nawet odchamić (po bardzo dobrych doświadczeniach z teatrem Garavek w Luang Prabang) do teatru wodnych kukiełek Lotus. To taka tradycyjna forma przedstawień na wodzie, gdzie kierujący kukiełkami schowani są za niewielką kurtyną, a lalki poruszane są na powierzchni wody z pomocą kijów ukrytych pod jej powierzchnią. Bardzo ciekawe doświadczenie (choć zdjęcia, niestety, słabo wyszły).



Socjalistyczna Republika Wietnamu nie pozwalała nam zapomnieć o swoim ustroju i momentami przypominała obrazki z PRLu.


Wyjeżdżaliśmy z Hanoi na Cat Ba z przekonaniem, że stolica Wietnamu to całkiem fajne i zaskakująco przyjazne miasto.








Komentarze

Popularne posty