Hoi An - przemiły skansen w środku Wietnamu

 Na Hoi An się napalaliśmy od dawna. Miało być ładnie i klimatycznie, mieli być tani krawcowie, którzy mieli szyć Ali sukienki, no i mieliśmy odwiedzić wietnamski Angkor, czyli My Son. Było jednak pewne "ale". Otóż wszelkie prognozy przez kilka wcześniejszych tygodni zapowiadały absolutnie nieprzerwany deszcz. Sprawdzaliśmy dosłownie codziennie, jakby to, że bardzo chcieliśmy słońca, miało rozgonić chmury. A mieliśmy spore zaufanie do pesymistycznych prognoz - w Sapie się sprawdziło - było mokro i zimno prawie cały czas. Nie po to wyjeżdżaliśmy w zimie na drugi kraniec świata!

Kiedy już nie dało się odkładać wyjazdu, pojechalśmy. Tym razem prognozy okazały się łaskawie dla nas trochę mylić. Może nie było słonecznie, ale padało tylko momentami. Udało nam się zaliczyć wszystkie planowane atrakcje a nawet sporo napotkanych z zaskoczenia. Spędziliśmy w Hoi An pięć dni i to było w sam raz.

Hoi An to miasto w środkowym Wietnamie, niegdyś bogaty port, ze wspaniałą starówką i świetnym zapleczem turystycznym. Samo stare miasto to urocze uliczki ze zabytkowymi domami najczęściej w słoneczno-żółtym kolorze. Pełno tu sklepików, lampionów, knajpek z muzyką na żywo. Ogólnie miejsce urocze, choć drogie i bardzo turystyczne. Prawdziwego życia tam raczej się nie uświadczy, co ma tę zaletę, że teoretycznie nie mogą tam wjeżdzać skutery, co działa bardzo relaksująco na spacerowiczów. Tę psychiczną pustkę na szczęście wypełniają rikszarze, którzy pchają się i pokrzykują z tym samym przekonaniem o wyłącznym prawie własności drogi, co wszędzie indziej motocykliści.






Przez starówkę przepływa rzeka, po której pływają łódki z jednym z symboli Hoi An - kolorowymi lampionami. Lampiony zresztą można znaleźć dosłownie na każdym kroku. W ofercie są też warsztaty z ich robienia albo za niewielką opłatą można zaśmiecić rzekę jednym z zapaloną świeczką. Trzeba przyznać, że prezentują się malowniczo.



W uliczkach oprócz restauracji i sklepów kryją się małe muzea, domy zgromadzeń i świątynki. Dzięki zbiorczemu biletowi zwiedziliśmy kilka z nich.





Chyba jednak z tych małych miejsc poukrywanych w uliczkach największe wrażenie zrobiła na nas prywatna instytucja - galeria Precious Heritage Museum. To miejsce stworzone przez francuskiego fotografa Réhahna, który od lat jeździ po wioskach mniejszości etnicznych Wietnamu, zbiera ich ludowe stroje, fotografuje, nagrywa ludową muzykę. Ponieważ wraz z bogaceniem się Wietnamu coraz więcej ludzi szuka lepszego życia w miastach, wiele z tradycji czy mniejszych kultur zanika i rozmywa się, a Réhahn próbuje zachować to, co jeszcze żywe. W muzeum można obejrzeć jego piękne portrety (widzieliśmy jak je sprytnie robi, bez sztucznego oświetlenia), obejrzeć filmy o jego podróżach, a przede wszystkim poczytać o ponad 50 grupach etnicznych tego kraju. Wspaniała wystawa, tutaj można poczytać i pooglądać w internecie: www.rehahnphotographer.com

Drugą miłą niespodzianką okazał się spektakl. Ali wyszukała nam cyrk bambusowy Teh Dar w Hoi An Lune Center. Bilety nie były tanie, ale warto było! To spektakl muzyczno-taneczno-akrobatyczny inspirowany również kulturą górskich plemion Wietnamu. Super muzyka, niesamowita choreografia, pomysłowe i efektowne aranżacje - bardzo miłe zaskoczenie. Niestety, bardzo prosili o nie fotografowanie, więc wrzucamy tylko linka do filmu reklamowego: www.youtube.com/watch?v=d2buRQgoHuU 

Ostatniego dnia wybraliśmy się do My Son. To odnalezione w połowie XIX wieku ruiny kompleksu światynnego Champów - ludu, który rządził na tym terenie przez ponad tysiąc lat i nadal zresztą jest obecny. jako osobna grupa etniczna. Same ruiny troszkę rozczarowały - są dość niewielkie, mało spektakularne, w większości odbudowane (bardzo ucierpiały w trakcie m.in. wojny wietnamskiej). Nawiasem, w My Son i Hoi An jest wątek polski - oba te miejsca sporo zawdzięczają polskiemu archeologowi Kazimierzowi Kwiatkowskiemu i nawet ma on swój pomnik na starówce.





Hoi An to był bardzo miły punkt na naszej mapie podróży po Wietnamie. Może nie jest najbardziej "true" - chyba był najbardziej przygotowanym pod turystów miejscem, w jakim byliśmy w tym kraju. Nie był też tani - ceny w restauracjach dorównywały krakowskim. Jednak miło było trochę pobyć w luksusie, uliczki były bardzo malownicze, Ali uszyła sobie upragnioną sukienkę i pięć kilkometrów dalej była plaża!




 


Komentarze

Popularne posty