Podsumowanie
No i wróciliśmy na ojczyzny łono. Jest zimno, ciemno, ale swojsko. Powoli się wdrażamy do normalnego życia, załatwiamy zaległe sprawy, naprawiamy straty powstałe, jak nas nie było. Czas na podsumowanie ostatnich trzech miesięcy.
Wylecieliśmy 18 listopada, nieco zestresowani. To była nasza pierwsza podróż na Daleki Wschód. Byliśmy głodni przygody, ale też pełni obaw. Jak trudno będzie się dogadać z tambylcami? Jak będziemy podróżować, a jak płacić? Na ile straszliwych chorób zachorujemy, na które się nie dało zaszczepić? No i najgorsze: czy nas zjedzą te wszystkie tygrysy i kobry królewskie? Jakoś żadne z obaw się nie sprawdziły.
Garść różnych statystyk i ciekawostek:
Podróże
Trwało to wszystko 93 dni. Przebyliśmy około 30 tysięcy kilometrów (oczywiście, w większości w drodze do i z Azji). Odwiedziliśmy 8 krajów. Nocowaliśmy w 31 miejscach (znaczy średnio 3 noce na hostel - jak dla nas - optymalnie).
Przemieszczaliśmy się przeróżnymi środkami transportu (proszę wybaczyć angielszczyzmy): samolotami (w tym lokalnych linii - polecamy), wynajmowanym samochodem (tylko w Tajlandii - zaskakująco bezproblemowe), tuktukami i songthaewami (taki pickup z ławkami na pace), najzwyklejszymi taksówkami, metrem, pociągiem, autobusem i różnorakimi vanami (najlepszy "limousine vip minivan" z masażem w Wietnamie, najgorszy był rozklekotany bus w drodze do Nong Khiaw w Laosie), skytrainem i monorailem (ech, komunikacja miejska w Singapurze i Kuala Lumpur...), kolejką linową (Fansipan jest super!), slow boatem (wspaniale relaksująca podróż do Luang Prabang), speed boatem (traumatyczny rejs na Similiany), long boatem (jeszcze wrócimy do Khao Sok), łodzią wiosłową (dziękujemy paniom wioślarkom z okolic Ninh Binh!), kajakiem (w tym w nocy, wśród fosforyzującego planktonu), promem, rowerami (wśród pól ryżowych, ale też dwupasmówką wietnamską - wstrząsające przeżycie), buggy'm (znaczy: kosiarką przebraną w samochód z Mad Maxa) oraz tyrolkami, oczywiście.
Przede wszystkim jednak chodziliśmy na własnych nóżkach - kroki nabite na zegarkach w dużych ilościach (średnia około 20 tysięcy dziennie, co na nas jest na prawdę dobrym wynikiem). Przynajmniej póki zegarki działały - oboje zepsuliśmy na wyjeździe po jednym.
Chodzenie po miastach bywa emocjonujące - ruch drogowy jest bardzo intensywny i (dla nas) nieprzewidywalny, przejścia dla pieszych często nierespektowane, a chodniki gęsto zastawione. Jak byśmy mieli wskazać najmniej przyjemny aspekt tej podróży, to pewnie byłoby to chodzenie po miastach - właśnie ze względu na ciągłe zagrożenie rozjechaniem przez skuter czy auto. Szczególnie to intensywne było w Wietnamie, gdzie do braku chodników dochodzi trąbienie na pieszych. Nabraliśmy tam zwyczaju rozglądania się na absolutnie wszystkie strony niezależnie od światła czy położenia oraz brania się kurczowo za ręce przy przekraczaniu jezdni. W innych krajach czy poza większymi miejscowościami nie stanowiło to aż tak dużego wyzwania.
Transportu szukaliśmy zazwyczaj w przeróżnych agencjach turystycznych i u obsługi naszego noclegu. Nigdy nie było z tym problemu - zawsze istniało kilka opcji i była to tylko kwestia znalezienia tej najtańszej. W tych bogatszych krajach nie było też problemu z rezerwacją przez internet czy zakupem na dworcu, ale przez większość czasu musieliśmy jednak polegać na kimś lokalnym.Hipochondria i drapieżniki
Chorowaliśmy tylko lekko. Zaliczyliśmy po obowiązkowym zatruciu i przeziębieniu. Byliśmy 3 razy u lekarzy. Raz, żeby się zaszczepić na japońskie zapalenie mózgu w Bangkoku - łatwe, tańsze niż w Polsce i profesjonalne. Raz w Luang Prabang, w prywatnym szpitalu, z powodu zatrucia - szybko, tanio i skutecznie. Ostatni raz w Kambodży. Ali miała nieprzechodzący od tygodni kaszel - ponownie bezproblemowa wizyta i diagnoza: brać leki łagodzące, samo przejdzie. Przeszło.
Baliśmy się egzotycznych chorób i korzystania z lokalnej opieki medycznej. Szczęśliwie tych pierwszych uniknęliśmy, a drugie było bardzo w porządku. Z czasem też robiliśmy się nieco nonszalanccy, jak odkryliśmy, że komary jednak nie gryzą absolutnie wszędzie i cały czas oraz że szczęśliwie te ugryzienia, które zaliczyliśmy nie zakończyły się malarią czy dengą (przynajmniej dotychczas). Nie znaczy to, że te choroby nie są zagrożeniem - po prostu nie czyhają na każdym kroku, zazwyczaj komar jednak cię nie zaraża. Nie żałujemy pieniędzy wydanych na szczepienia. Byliśmy spokojniejsi, a nigdy się nie dowiemy, czy bez nich wrócilibyśmy w równie dobrym stanie.
Trochę też obawialiśmy się przeróżnych pająków czy innych tygrysów. Owszem, w jaskiniach czy dżungli pokazano nam kilka dość spektakularnie dużych paskudztw, ale okazało się, że w Azji nie czyha na nas na każdym kroku coś, co gotowe nas pożreć w kilka chwili. Tygrysów ani kobr nie widzieliśmy, za to mieliśmy przyjemność obcować ze słoniami, różnorodnym ptactwem czy podziwiać (w schronisku) niedźwiedzie azjatyckie. Aha, widzieliśmy jeszcze sporo małp, ale też okazały się mniej bezczelne i nachalne niż internet maluje.
Ludzie
Przed wyjazdem naczytaliśmy się o przemiłych ludziach w Azji Południowo-Wschodniej. Mieliśmy jednak obawy przed wyjazdem do krajów o odległej i nieznanej dla nas kulturze, a niektórych z nich także dość ubogich. Tymczasem w trakcie wyjazdu nigdy nie czuliśmy się zagrożeni. Nie wiemy, czy to kwestia szczęścia, przebywania głównie w jednak dość turystycznych miejscach, czy kultury. Wydaje się, że ludzie tam nie czują potrzeby wyglądania groźnie (jak czasem w Polsce). Często nam oferowano pomoc (nie zawsze udaną - dwa razy nas nieświadomie wprowadzono w błąd i pojechaliśmy w złym kierunku), dużo się uśmiechano. Bardzo niewiele było sytuacji, kiedy ktoś chciał nas ewidentnie naciągnąć, nigdy nas nie okradziono czy oszukano. Aparat zostawiony w restauracji w małej laotańskiej wiosce, odnalazł się od razu. Portfel zostawiony w autobusie, czekał na nas bezpiecznie. Żartowano z nami, modlono się za nas, nazywano przyjaciółmi. Najgorsze co nas spotkało to, że nie powiedziano nam, że jeden z posągów Buddy jest zasłonięty rusztowaniem i w związku z tym, nie warto kupować pewnej wycieczki w Bangkoku. Poważnie, to było najgorsze oszustwo. Fajnie tam jest.
Przez jakiś czas uczyliśmy się różnic kulturowo-komunikacyjnych. Poczynając od nieznanej nam wymowy języka angielskiego - czasem bardzo trudno było się porozumieć nawet z osobami płynnie mówiącymi w tym języku. Ciekawą obserwacją było, że miejscowi raczej unikają mówienia "nie", przyznawania się do niewiedzy czy odradzania nam czegoś. Tam gdzie Polak z radością powie, że coś jest do bani albo że nie ma pojęcia, jak gdzie dojść, napotkani Azjaci czasem się uśmiechali i niepewnie potakiwali (być może nie całkiem rozumiejąc, czego chcemy) albo kluczyli. Nauczyliśmy się, że potwierdzenie ma znaczenie tylko, jak jest wypowiadane zdecydowanym tonem. Te niepewne znaczą mniej niż podobne w Polsce. Targowanie się to osobna kategoria rozmów, której z oporami się nauczyliśmy, choć czasem była z tego zabawa. Staraliśmy się jednak mieć gdzieś z tyłu głowy, że liczy się ustalenie rozsądnej ceny, którą jesteśmy gotowi ponieść, a nie jak najniższej - wszystko było i tak tanie, a często dla tych ludzi kilka złotych miało większe znaczenie niż dla nas.
Koszty
No, właśnie. Po powrocie wszystko wydaje się takie drogie! Na szczęście mieliśmy jeszcze chwilę na przyzwyczajenie się do zachodnich cen w Singapurze i Stambule. Udało się zrealizować założenia budżetowe prawie idealnie. Zakładaliśmy pewne widełki i się w nich zmieściliśmy, choć tylko tuż pod górną kreską. Wiele rzeczy jednak mogliśmy zrobić taniej.
Nocowaliśmy średnio za 140 złotych, zawsze w osobnym pokoju z łazienką i klimatyzacją (oprócz kapsuł w Singapurze, i tak wściekle drogich). Dało się to zrobić taniej - oprócz nocowania w pokojach wieloosobowych, można było też wybierać gorsze hostele. Trzymaliśmy się minimum oceny 8 na booking/agoda, ale to zdecydowanie nie gwarantowało dobrych warunków czy zgodności zdjęć z rzeczywistością. Po miesiącu nocowania z wiecznie zagrzybionymi łazienkami czy pokojami wielkości łóżka, trochę złagodziliśmy ograniczenia budżetowe i to się odbiło na średnim koszcie za noc. Na średnią też znacząco wpływają droższe kraje: Zjednoczone Emiraty, Singapur, Turcja czy południowa Tajlandia. Ogólnie, da się nocować przyzwoicie (czysty pokój z klimatyzacją) za nieco ponad 100 złotych za noc (w tym najczęściej śniadanie). Ale trzeba być gotowym na to, że co trzeci nocleg będzie albo głośny, albo lepiej nie przyglądać się pościeli czy narożnikom w łazience. Albo to wszystko na raz. Aha, prawie nigdy nie mieliśmy hotelu z ładnym widokiem.
Jedzenie było znacząco tańsze niż w Polsce, szczególnie na ulicy. Jest z czego wybierać, szczególnie jak się ma gotowość do eksperymentów czy po prostu niewiedzy, co się zje. Obiad w Laosie czy Wietnamie dla dwóch osób, z napojami, czasem deserem potrafił nas kosztować 40 złotych. Średnio, uwzględniając też drogie kraje czy jedzenie na lotniskach, wydawaliśmy na ten cel około 100 zł za dwie osoby. Nie skalaliśmy się w tym czasie samodzielnym gotowaniem.
Podróże bywały bardzo tanie i bardzo drogie. Lataliśmy samolotem za 150 i jeździliśmy na wycieczki autobusowe za 350zł. W Tajlandii południowej za 15 minutową podwózkę łódką zapłaciliśmy 60zł za osobę, a w Wietnamie za niewiele więcej potrafiliśmy przejechać autokarem kilkanaście godzin. Wydaje nam się, że wydaliśmy na to dość dużo. Na pewno można było zaoszczędzić, gdybyśmy jeździli skuterem, ale nie mieliśmy prawa jazdy na motor (wymagane w większości krajów) ani odwagi, żeby ponosić koszty leczenia w razie poważniejszego wypadku. Organizowane wycieczki bywały drogie, ale same wejściówki zazwyczaj nie obciążały znacząco budżetu. Na różne aktywności czy właśnie wycieczki wydaliśmy największą część naszych pieniędzy.
Jedzenie
Adamowi różnorodność opcji i egzotyka bardzo pasowała, Ali pozostała przy sprawdzonych, europejskich smakach (a w większości miejsc da się bez problemu zjeść jakąś pizzę czy butter chicken). Śniadania zazwyczaj dostawaliśmy w hotelu, ale trzeba ostrzec, że w tych tańszych prawie zawsze były to jajka i suchy tost. Coś nie umieją tam w śniadania. Zazwyczaj w alternatywie do kolejnego sadzonego jest po prostu jakaś forma obiadu azjatyckiego. Nie umieją też w soki - dostanie prawdziwie wyciskanego soku z pomarańczy było praktycznie niemożliwe, często dodają cukru czy syropu do napojów. Wietnamczycy mają swoją własną kawę, trochę słodką i jakby waniliową, mają też wersję z jajkiem czy solą - ciekawe, ale zostaniemy przy naszym ekspresie. Dużo potraw jest ostrych, ale wszędzie mieli chyba już dużo doświadczeń z mięczakami z Europy, bo dało się dostać potrawy też łagodniej doprawione. Opowieści o różnych obrzydliwościach w stylu skorpionów czy robactwa uznajemy za legendy turystyczne. Pewnie, że na straganach na Khaosan Road i tym podobnych miejscach można zjeść krokodyla czy szarańczę, ale wydaje się, że sprzedawcy zdecydowanie więcej zarabiali na opłatach za zdjęcie niż na samej sprzedaży. W restauracjach raczej nie uświadczyliśmy tego typu atrakcji. Ogólnie, wśród jedzenia na nocnych targach każdy znajdzie coś dla siebie (choć czasem po kilku nieprzyjemnych eksperymentach). Adam wrócił z kilkoma odkryciami np. panang curry czy pani puri, a nawet polubił się z kilkoma rodzajami owoców. A krewetki są cudownie tanie!
Będziemy tęsknić!




































Komentarze
Prześlij komentarz