Cat Ba i Zatoka Lan Ha
Bardzo chcieliśmy pojechać na wyspę Cat Ba. Albo raczej do Zatoki Ha Long, którą można zobaczyć na wszystkich zdjęciach reklamujących wakacje w Wietnamie. Słyszeliśmy, że to miejsce jest niemiłosiernie wprost oblegane, a bardzo podobne krajobrazy za to z mniejszą ilością turystów można zobaczyć w sąsiedniej zatoce Lan Ha, więc tam się udaliśmy.
Nasze uczucia wobec Cat Ba zmieniały się. Nie zaczęło się dobrze. Okazało się, że kilka miesięcy temu rozpoczęto gigantyczną inwestycję w samym centrum głównego miasteczka wyspy, w którym mieścił się też nasz hostel. Otóż budowana tam w miejscowej zatoczce jest sztuczna wyspa pod luksusowe hotele. Oznacza to, że prawdopodobnie niegdyś całkiem miły deptaczek zamiast oferować widok na morze, miał dla nas tylko widoki żurawi, plandek z wizualizacjami, koparek i piasku na budowie. Wakacyjny koszmarek. Ponoć potrwa to całe lata i skończy się powstaniem dużej infrastruktury turystycznej, ale będzie to rodzaj atrakcji, w których zazwyczaj nie gustujemy, co może i dobrze, bo by nie było nas stać:) Niezależnie od świetlanej przyszłości, teraźniejszość skrzeczała i warczała, jak koparka.
Pewnym pocieszeniem było istnienie kilku uroczych plaż w zasięgu spaceru. Zapewne dzięki wspomnianej budowie oraz dość niskiej temperaturze powietrza zawdzięczaliśmy miłe pustki na nich i na bardzo miłej ścieżce je łączącej.
Poza tym w okolicy było kilka fajnych rzeczy do zrobienia. Przede wszystkim popłynęliśmy na rejs po zatoce, popodziwiać niesamowite skały, w które obfituje okolica. Mieliśmy też okazję odwiedzić pływającą wioskę - nasz przewodnik nawet z niej pochodził. Zazwyczaj mam wrażenie, że tego rodzaju miejsca istnieją główne dla turystów i są swego rodzaju skansenem, tutaj było trochę inaczej - nikt nic nam nie sprzedawał, miejscowi byli zajęci swoimi sprawami. Ze słów naszego przewodnika wynikało, że jest to całkiem niezłe miejsce do życia, choć pozbawione wielu wygód.
Dwa razy wsiadaliśmy też do kajaków - raz, żeby poeksplorować
mniejsze zatoczki (widzieliśmy dwa gatunki małp - dowodów zdjęciowych,
niestety, brak) oraz za drugim razem, w nocy, żeby obserwować świecący
plankton (ponownie dowodów brak:)).
Ostatniego dnia jeszcze wybraliśmy się na spacer do Parku Narodowego Cat Ba, po drodze odwiedzając również zaskakująco ciekawe jaskinie (w tym jedną służącą jako szpital w trakcie nalotów amerykańskich). Trochę nam spowszedniała już przyroda południo-azjatycka. Jak oglądaliśmy filmiki o tym Parku, to spodziewaliśmy się jakiejś dzikiej dżungli, niesamowitych zagrożeń czyhających na każdym kroku. Teraz spacerowaliśmy sobie zrelaksowani po przyjaznym terenie zielonym, niestety żadnych spektakularnych niebezpieczeństw. Cat Ba jest całkiem miłe!






























Komentarze
Prześlij komentarz