Bangkok

Bangkok przywitaliśmy niewsypani po całonocnej podróży z Szardży. Z perspektywy taksówki wiozącej nas z lotniska widzieliśmy tylko korki i plątaniny kabli. Nasz motel był ulokowany niedaleko słynnej Khaosan Road - ulicy słynącej z imprez do białego rana. To nie jest raczej nasza bajka, ale jakoś nie wzbudziło to naszego niepokoju. Niesłusznie:) Okazało się, że wieczorem także nasza ulica zamienia się w tętniącą życiem i bardzo głośną przestrzenią do zabawy, palenia trawy i jedzenia. Cała się składa z restauracji, sklepów z marihuaną, salonów masażu i wózków z różnorodnym jedzeniem. Z jednej strony trzeba było spać w zatyczkach, z drugiej mieliśmy bardzo blisko do przeróżnych rodzajów ofert (pad thai za ok. 8zł, masaż stóp za 30zł). Nie było też problemu z wypraniem naszych już przetrzebionych zasobów ubraniowych. Ciekawe miejsce.


Przez trzy dni zwiedzaliśmy: Wielki Pałac, kilka świątyń, kanały starego Bangkoku, China Town, jedną z dzielnic czerwonych latarni. Pałac i świątynie robiły wrażenie - z perspektywy świeżaczków w Azji były bardzo, bardzo egzotyczne, złote, spektakularne. Wat Arun jest wspaniała! Mniej tam złotoczerwonego standardu z pozostałych, mnóstwo zdobień, wspaniale prezentuje się w nocy. 









 

Pałac jest wielki! Jak byliśmy, był też bardzo zatłoczony, ale warto było wchodzić - mnóstwo spektakularnych budynków do obejrzenia! Leżący Budda był taki, jak się zapowiadał: wielki, złoty i... leżący:) 
















Byliśmy też na Złotej Górze (Wat Saket), na którą prowadzi sporo schodów, po drodze można uderzyć w gong, a z wysokości widać Bangkok na wszystkie strony. 





Za to China Town i dzielnica uciech cielesnych były zatłoczone, brudne i męczące. Chociaż trzeba przyznać, że jedzenie w chińskiej dzielnicy było bardzo, bardzo zaskakująco różnorodne, nowe i dobre.





Mamy trochę mieszane uczucia co do samych lokalsów. Z jednej strony kilka razy podchodzono do nas, gdy byliśmy zagubieni i pytano się nas, czy potrzebujemy pomocy. Wszyscy się uśmiechają i ani razu dotychczas nie czuliśmy się zagrożeni. Z drugiej strony, ciężko przejść ulicą, żeby nie być nagabywanym przez kierowców tuktuków czy sprzedawców jakichś usług (tak, tak, też ping-pong show). Do tego, pierwszego dnia zostaliśmy namówieni na rejs po kanałach. Szukaliśmy różnych ofert, więc rozmawialiśmy z kilkoma osobami. Później też na ulicy często nas ktoś próbował namawiać na taką wycieczkę. Największą atrakcją ma być wielki (69 metrów wysokości!) pomnik Buddy (Wat Paknam). Nikt z tych wielu osób nie wspomniał, że obecnie pomnik jest zasłonięty rusztowaniem i nic z niego nie zobaczymy. Trochę straciliśmy zaufanie.

Jednak spektakularność świątyń i innych budowli, uliczne kuchnie, przygodowość podróżowania tuktukami - to wszysko pozostawia nas z sympatią dla Bangkoku. Warto było tu być!

Komentarze

Popularne posty