Kuala Lumpur i Malakka - jaka fajna ta Malezja!
W Malezji nie spędziliśmy wiele czasu i żałujemy. Byliśmy tylko w stolicy oraz Malakce, w sumie trochę ponad cztery dni. Wiedzieliśmy, że to kraj muzułmański, że niegdyś kolonia brytyjska (znowu ruch lewostronny!) i w sumie tyle. Znowu się miło zaskoczyliśmy swoimi odkryciami. Trochę byliśmy zmęczeni pewną surowością wielu miejsc, które odkryliśmy - tymczasem turystyczno-wielkomiejska Malezja zaoferowała nam świetną komunikację miejską i międzymiastową, mieszkańców, którzy chyba co do jednego mówią płynnie po angielsku i ruch uliczny, w którym przejścia dla pieszych i światła są respektowane! Wspaniałe!
W Kuala Lumpur pojeździliśmy koleją jednotorową rodem z filmów cyberpunkowych, ale przede wszystkim spacerowaliśmy - dało się, bo wszędzie były niezastawione chodniki. Ba! Często nad nimi był daszek, co pomagało w upale i deszczu, który nas złapał. Pierwszego dnia odwiedziliśmy miejski park z ogrodem botanicznym i ponoć największą na świecie ptaszarnią pod odkrytym niebem. To pierwsze to duży, zielony i pozbawiony tłumów przyjemny teren spacerowy z częściami pełnymi orchidei czy róż chińskich. Park ptaków to niesamowita ilość egzotycznych pierzastych stworzeń najczęściej latających czy chodzących swobodnie (nie zawsze - przywiązane drapieżniki robią smutne wrażenie).
Wieczorem zjedliśmy na okolicznym nocnym targu. Nadal trwały obchody nowego roku lunarnego. Wzdłuż całej ulicy rozłożono pas petard, które w którymś momencie odpalono - huk, dym i latające odłamki zrobiły na nas piorunujące wrażenie. Co kraj, to obyczaj - ciekawe przeżycie, ale następnego wieczoru postaraliśmy się wcześniej zjeść:)
Następnego dnia oprócz pamiątkowej fotki pod Petronas Towers - niegdyś największym budunku świata, teraz nawet nie pierwszym w Kuala Lumpur - pojechaliśmy wspaniałą lokalną komunikacją miejską do jaskiń Batu. Mieszczą się tam słynne swiątynie, do których prowadzą fotogeniczne kolorowe schody. To były chyba nasze pierwsze aktywne świątynie hinduistyczne - nowa estetyka, zapachy, zwyczaje. Bardzo fajne przeżycie i ładne miejsce.
Od Kuala Lumpur tylko trzy godziny jazdy autokarem dzieli Malakkę - niegdyś kluczowe dla handlu w tej części świata miasto portowe. Słyszeliśmy dość niejednoznaczne opinie o tym miejscu, więc postanowiliśmy tam zostać tylko na dwie noce. Przez ten czas pospacerowaliśmy po kolorym starym mieście, odwiedziliśmy jedno muzeum zlokalizowane w replice portugalskiego żaglowca, pojechaliśmy do meczetu na wodzie. Nasze wrażenie z tego miasta jest bardzo miłe - fajne, turystyczne miasteczko, w sam raz na dzień czy dwa w drodze do Singapuru - cieczymy się, że tam spędziliśmy czas.
Bogatą historię Malakki zgłębialiśmy też w nieco mętnym dla nas spektaklu w lokalnym teatrze Encore Melaka. Było to zdecydowanie najbardziej spektakularne technicznie przedstawienie tego wyjazdu (a byliśmy na zadziwiająco dużej ilości przedstawień na tych wakacjach). Obrotowa, ogromna scenografia, woda lejąca się na scenę, mnóstwo bębniarzy, ekran, za którym podświetlane są sceny niezależnie od wyświetlanego obrazu - wszystko robiło wrażenie. Choć jakoś nadal jesteśmy największymi fanami teatru bajek dwóch aktorów z Luang Prabang.
Tyle. Mamy nadzieję jeszcze wrócić do Malezji!


































Komentarze
Prześlij komentarz