Tylko trochę Sajgonu
Coś nie przypadł nam do gustu Sajgon (od zakończenia wojny wietnamskiej zwany Ho Chi Minh). Może być tak, że za mało czasu w nim spędziliśmy - byliśmy tam tylko nieco ponad dwa dni. Trochę pochodziliśmy po najbardziej znanej Dzielnicy 1, zobaczyliśmy tutejsze Notre Dame, słynny urząd pocztowy, weszliśmy nawet do tzw. Pałacu Niepodległości (czyli siedziby władz dawnego Południowego Wietnamu wspieranego przez Amerykanów). Katedra była zasłonięta rusztowaniami i niedostępna do zwiedzania, poczta jakoś nie ruszała, a Pałac okazał się takim skansenem w stylu PRL-owskiego urzędu. Chyba najgorzej, że okolica, po której spacerowaliśmy nas nie urzekała.
Ciekawsze były dwie "atrakcje" związane z najsłynniejszym na Zachodzie tutejszym konfliktem. War Remnants Museum trochę przytłaczało ilością drastycznych zdjęć ofiar konfliktu oraz wystawionej różnorodnej broni. Sama forma ekspozycji jest dość tradycyjna, a podpisy pod eksponatami zawierają bardzo jednostronne przedstawienie faktów. Jednak wystawa niesie duży ładunek emocjonalny.
Byliśmy też w tunelach partyzantki północnowietnamskiej Cu Chi. Obejrzeliśmy pułapki w dżungli, Adam przeczołgał się przez jeden z pozostałych tuneli - całkiem ciekawe doświadczenie. Szkoda tylko, że droga w jedną stronę zajmuje ponad dwie godziny, a samo zwiedzanie to przygoda na nieco ponad godzinkę.
Jest jedna rzecz, która zakoczyła nas bardzo pozytywnie. W Ho Chi Minh kilka razy zdarzyło się, że ktoś zwolnił, żeby nam ułatwić przejście przez drogę! Wcześniej spotykało nas tylko trąbienie (często na przejściu, z zielonym światłem) lub mijanie tuż przed nami ze sporą prędkością. W Sajgonie kierowcy wydają się być milsi!













Komentarze
Prześlij komentarz