Tam Coc, Trang An i inne okolice Ninh Binh
Po pierwsze, to mieliśmy jechać do Ninh Binh, a pojechaliśmy do Tam Coc. Podpowiedział nam tak napotkany Nowozelandczyk i słusznie - Ninh Binh to spore, zatłoczone miasto, a Tam Coc to mieścina wśród spektakularnych widoków. Po drugie, mieliśmy przyjechać na jeden dzień, a zostaliśmy cztery - tak tam pięknie! Po trzecie, najlepszy miał być rejs z Tam Coc, ten ze wszystkich zdjęć z Wietnamu, ta jedyna atrakcja okolicy, jak sądziliśmy. Tymczasem praktycznie wszystko inne było fajniejsze, a dużo tego było.
Ninh Binh znajduje się w odległości około 3 km od Hanoi, w północnym Wietnamie. Dotarliśmy tam z Sapy, po męczącej, 11 godzinnej podróży autobusową kuszetką. To nie była nasza pierwsza przygoda ze tzw. sleeperem, ale tym razem była bardziej męcząca. W sumie podróżowaliśmy tego dnia 5 autobusami - przerzucano nas co jakiś czas z jednego do drugiego pojazdu, najczęściej bez jakiejkolwiek informacji czy wyjaśnienia - kierowcy nie mówili po angielsku, ale też nie mieli najmniejszej ochoty na jakąś komunikację z nami. Na finale jeszcze Adam zostawił okulary w autobusie, na szczęście kobieta z biura podróży zadzwoniła do kierowcy i zorganizowała szybko zwrot - chwała jej za to, a już traciliśmy wiarę w sympatyczność miejscowych.
Całe rozmarudzenie po podróży rozwiały na szczeście widoki, jakie zaserwowało nam Tam Coc.
Podstawową atrakcją dookoła jest spektakularny krajobraz - wysokie, poszarpane skały, pola ryżowe, rozbuchana zieleń. To wszystko przetykane kanałami i rzekami, po któych można pływać. I to pływanie jest super. Prawie każda wioska w okolicy ma swój rejs do zaproponowania. Wsiada się do łódki i pozwala zawieźć w jakieś odludne okolice. Najczeście, co ciekawe, wioślarzami są kobiety, a wiosłuje się siedząc przodem w stronę dziobu i używąc do tego celu zamiennie zarówno rąk jak i nóg.
Klimat na tych rejsach bywa różny. Świetne jest to, że wszędzie, gdzie byliśmy łodzie były wiosłowe, nie motorowe, więc jest cisza i ekologicznie. Rejs w Trang An nas zachwycił - był nasz pierwszy, przyroda oszałamiała, mieliśmy na łodzi bardzo miłą dwójkę towarzyszy ze Stanów, pani wioślarka była bardzo sympatyczna. Po tym jak wypłynęliśmy z przystani, szybko łodzie rozjechały się na różne strony i przez większość czasu z trzech godzin, jakie to trwało, byliśmy sami. Trasy prowadzą często przez jaskinie, czasem oświetlone, czasem nie. Na drodze można napotkać przeróżne ptactwo i, nie wiem, czy zawsze czy akurat był sezon, pełno lili (chyba) wodnych. Świetne doświadczenie!
Oprócz Trang An, byliśmy jeszcze na dwóch rejsach. Pierwszy to najsłynniejszy w okolicy, startujący z naszego Tam Coc. Ten, jak już pisaliśmy, okazał się rozczarowaniem. Tłum ludzi i atmosfera wyciągania pieniędzy. Pani wioślarka po prostu rządała napiwku, po drodze próbowała nam sprzedawać pamiątki, a jednocześnie spieszyła się, omijając punkty z programu, który dostaliśmy. Cała przygoda trwała koło godziny. Coś musi być wyraźnie inaczej w sposobie wynagradzania pracowników w tych miejscach, bo różnica klimatu była uderzająca.
Trzecie spotkanie z łódkami miało miejsce ostatniego dnia naszego przedłużonego pobytu w tej okolicy. Znaleźliśmy gdzieś informację o Galaxy Grotto - też łódki, też jaskinie, ale ponoć ładnie i na uboczu, mniej turystycznie. Jako że mieliśmy dostępne w hotelu rowery i spodobało nam się już wcześniej jeżdżenie nimi po okolicy, stwierdziliśmy, że się porwiemy na jakieś dwudziestokilometrową wyprawę. Okazało się to dość przygodowym przedsięwzięciem, bo google poprowadziło nas najpierw dwupasmówką (a te w Polsce by były niebezpiecznym miejscem dla rowerzystów, w Wietnamie są przedsionkiem piekła), potem zaś przez jakieś kompletne bezdroża, wśród pól, krów i rozwalonych mostków. Pod koniec nie wierzyliśmy, że cokolwiek w tej pustce może być, a jednak było. Umęczeni wątpiliśmy, że zdążymy zarówno zobaczyć jaskinię, jak i wrócić przed zmrokiem, ale przemiła pani zaproponowała, że... podrzuci nas łódką w okolice naszej wioski. Uratowała nam życie! A grota była super, do tego zwiedzana w znacznej części prawie samemu.
Na łódkach i jaskiniach atrakcje okolic Ninh Binh się nie kończą. Na niektóre ze skał można się wspiąć. Jest góra leżącego smoka, z kamiennym stworem na szczycie oraz tłoczącymi się chwiejnie ludźmi na ostrych kamieniacch. Widoki ponownie spektakularne. Jest też kilka świątyń w skałach oraz parków narodowych. Byliśmy w też w parku ptasim. Tu dygresja: w Wietnamie mają taki rodzaj atrakcji turystycznej mało chyba znany w Polsce. Otóż oprócz jakiegoś elementu przyciągającego przyjezdnych (np. świątynia, punkt widokowy, rezerwat ptasi) dookoła budują coś w rodzaju parku tematycznego z mnóstwem miejsc do robienia zdjęć, taki insta-park. Pełno tam jakiś serduszek, schodów do nieba, kamiennych dłoni czy aniołów, pól kwietnych. Często to kiczowate, ale czasem ładne, a robione z rozmachem i uzasadnia nieco wyższe ceny. Podobnie było tutaj wokół ptasiego minirezerwatu czy punktu widokowego oraz światyni. Taki mają pomysł.
Tam Coc z przyległościami jest najładniejszym miejscem, jakie odwiedziliśmy w tej podróży!

































Komentarze
Prześlij komentarz