Ach ten Angkor!

 Angkor był jednym z najbardziej oczekiwanych punktów na mapie naszej wyprawy. Jeden z cudów świata, największy na świecie kompleks świątynny itd. Widzieliśmy już siebie jak przemykamy tajemniczymi ruinami pośród nieprzebranej dżungli niczym Indiana Jones i Lara Croft. Miało być imponująco, klimatycznie, mieliśmy zrobić super zdjęcia i wyjeżdżać zachwyceni. Zdarzyło się kilka razy w trakcie tej wycieczki, że miejsca nie sprostały oczekiwaniom. Tak było m.in. z Sajgonem, trochę z zatoką Lan Ha. Angkor stanął na wysokości zadania!






 Kupiliśmy bilet trzydniowy - dwa dni jeździliśmy z lokalnym tuktukarzem, trzeciego na rowerach. Zobaczyliśmy bodaj 11 świątyń, w tym oczywiście te największe i najbardziej znane. Po najsłynniejszej Angkor Wat jeszcze dodatkowo oprowadził nas lokalny przewodnik. Wszystko zrobiło piorunujące wrażenie. Niby oglądaliśmy zdjęcia, ale byliśmy ostrożni - bo rzeczywistość zwykle jednak jest mniej urocza. Nie spodziewaliśmy się, że te świątynie są aż tak wielkie - po niektórych z nich można się snuć godzinami i nadal nie obejrzeć całości. Są też bardzo różnorodne - pierwsze dwie przypominały nam te z Ayutthayi w Tajlandii, były też piramidowe, Angkor Wat to długie korytarze z płaskorzeźbami, są też takie z Tomb Ridera - z drzewami obrastającymi mury i sporym stopniem zruinowania. Można odkrywać i odkrywać. 









Oczywiście, nie udało się doświadczyć tego klimatu przedzierania się przez dżunglę niczym dawni odkrywcy (Angkor został ponownie odnaleziony - przynajmniej z zachodniej perspektywy - przez Francuzów w XIX wieku). Pomiędzy świątyniami są poprowadzone szerokie asfaltowe drogi, przy każdej jest toaleta i sklepiki. Maczety do przecinania lian niestety zbyteczne. Za to jest mnóstwo małpek, które świetnie prezentują się na zdjęciach, ale kradną jedzenie i wszystko, co im w łapki wpadnie - trzeba uważać. Baliśmy się tłumów, ale, o dziwo, nie było tak źle - poza Angkor Wat oraz świątynią rozsławioną przez film Tomb Rider było bardzo przyjemnie.










Samo Siem Reap (i w ogóle Kambodża, nawiasem mówiąc) okazało się całkiem przyjemnym miasteczkiem. Ludzie się uśmiechają, ruch drogowy nie przyprawia o natychmiastowy zawał, a jest miła insfrastruktura turystyczna. Oprócz świątyń "zaliczyliśmy", oczywiście, night market (Adam nie oparł się kolorowym spodniom) oraz ciekawą organizację pozarządową. APOPO zajmuje się odminowywaniem krajów po konfliktach zbrojnych. Kambodża ma za sobą bardzo trudną historię, która pozostawiła mnóstwo niewybuchów (zarówno amerykańskich, jak i pozostałości wojny domowej czy z konfliktu z Wietnamem). Organizacja pomaga w eliminacji min i niewypałów z pomocą szczurów - odpowiednio wytrasowane potrafią znajdować nawet niewielkie ładunki, a są na tyle lekkie, że nie powodują ich detonacji. W siedzibie kambodżańskiej Apopo można posłuchać o ich misji, obejrzeć prezentację ich sposobu pracy a nawet zaprzyjaźnić się z jednym z saperów. Fajne doświadczenie.





Komentarze

Popularne posty