Zaskakujące Vang Vieng

Do Vang Vieng jechaliśmy bez entuzjazmu. Miasteczko ma opinię imprezowego i turystycznego. Napotkany stary wyjadacz polecał ominąć. Mimo to laguny brzmiały kusząco, a i łatwy transport zachęcał. Dotarliśmy tam koleją laotańsko-chińską wybudowaną kilka lat temu. Żeby się dostać na dworzec trzeba pojechać spory kawałek na obrzeża Luang Prabang i przejść kontrole podobne do tych lotniskowych, ale pociąg jest bardzo przyjemny, a dociera do Vieng Vang w niecałą godzinę - wspaniała zmiana po pięciogodzinnej mordędze na nieco ponad 100 km odcinku do Nong Khiaw. U celu znów nas czekała podróż z rogatek miasta do centrum. Z jakichś przyczyn stacje kolejowe buduje się najwyraźniej w Laosie poza miastem. Co ciekawe, w Wientian za to lotnisko jest prawie w centrum.

Vang Vieng z początku wyglądało dość pospolicie, ale kiedy wybraliśmy się wieczorem zwiedzać opłotki naszym oczom ukazały się spektakularne widoki. Zakochaliśmy się:)









Oprócz spektakularnych widoków (można podziwiać z balonu czy motolotni - nie odważyliśmy się) Vang Vieng ma do zaoferowania również bardzo miłe niebieskie laguny, nawet z pewną infrastrukturą, sporo jaskiń i niesamowite punkty widokowe. Tu dygresja: punkty widokowe, na które dotychczas wchodziliśmy w Laosie mają sporo cech wspólnych: są wytyczone i utrzymane, prowadzą na niesamowite platformy widokowe, ale trzeba pokonać do nich bardzo, bardzo stromą ścieżkę, która momentami wymaga bardziej wspinaczki niż spaceru. Tak było i na tutejszym.







Samo miasteczko po bliższym poznaniu też okazało się całkiem miłe. I mają świetne, wielgachne kanapki z ulicy (ale nie zrobiliśmy zdjęcia). Vang Vieng jest spoko.









Komentarze

Popularne posty