Luang Prabang na spokojnie
Do Luang Prabang przenieśliśmy się prosto z dżungli i tyrolek, więc potrzebowaliśmy chwilę odsapnąć. Zarezerwowaliśmy sobie na to miasto i odpoczynek aż pięć dni, zostaliśmy nawet dłużej. Ta niegdysiejsza stolica Laosu ponoć jeszcze do niedawna dość spokojna i kameralna, od czasu wybudowania kolei chińsko-laotańskiej stała się tętniącym życiem centrum turystycznym. Zwykle nie gustujemy w takich miejscach, jednak doceniliśmy możliwość zjedzenia pizzy dla odmiany czy kupienia tak egzotycznego w tych okolicach pieczywa.
Do Luang Prabang dotarliśmy z pomocą tzw. slow boat - czegoś w rodzaju barki do przewozu ludzi. Podróż Mekongiem trwa dwa dni. Zaczyna się przy granicy z Tajlandią, obejmuje nocleg w Bak Bang i kończy się pod Luang Prabang. Rzeka jest potężna, często upstrzona ostrymi skałami, a na brzegach kwitnie życie. Płyneliśmy w towarzystwie pewnie koło setki osób, w większości turystów z zachodnich krajów. Lokalsi dosiadali się głównie na krótsze dystanse, często z wielkim bagażem. Wszystko to było fajną przygodą, do tego dużo bardziej relaksującą niż się spodziewaliśmy - mieliśmy całkiem wygodne miejsca, patrzyliśmy sobie na przesuwający się brzeg i ludzi, robiliśmy zdjęcia.
Luang Prabang okazał się jednocześnie bardzo zachodni i bardzo chiński. Zachodni, bo można tu znaleźć restauracje włoskie, ładne hotele i zjeść "best gelato in Laos". Chiński, bo jest tu mnóstwo turystów z Kraju Środka. Podróżują najczęściej dużymi wycieczkami i mają, jak się zdaje, dużą sympatię dla głośnej muzyki, najlepiej z karaoke.
W mieście i pod nim jest sporo atrakcji turystycznych. Oczywiście, można odwiedzić mnóstwo świątyń buddyjskich. Te są bardziej stonowane (z perspektywy ignoranta) niż te w Chiang Rai.
Jest też muzeum w dawnym pałacu królewskim, ale było pełne wspomnianych już wycieczek, a do zaproponowania miało głównie ciemne, zakurzone pomieszczenia i gabloty z darami z różnych krajów. Był też pomnik króla.
Naprzeciw pałacu wznosi się wzgórze Phousi. Jedna z lokalnych legend mówi, że ów pagórek pojawił się tam, kiedy pewien nadprzyrodzony bohater zmęczył się poszukiwaniami kolejnych zachcianek dla królowej i po prostu przyniósł jej całą górę, na której te zachcianki miały być ulokowane. Ze wzniesienia można zobaczyć spektakularny zachód słońca, ale jest to pewnie najbardziej oblegany widok w Laosie. Ponieważ na szczycie nie ma wiele miejsca, a chętnych do robienia zdjęć jest mnóstwo, to zajęcie dobrej pozycji wymaga sporej determinacji i przyjścia na miejsce z półtorej godzinnym wyprzedzeniem. Warto było.
Wieczorami postanowiliśmy skorzystać z oferty kulturalnej - byliśmy w dwóch teatrach. Jeden - tradycyjny, oferował spektakl w języku laotańskim (na szczęście do biletu dostaliśmy streszczenie po angielsku), charakterystycznymi strojami i muzyką na żywo. Drugi był kameralny, dwuosobowy. Jeden człowiek z werwą i sporą ekspresją opowiadał po angielsku lokalne legendy, drugi akompaniował mu na ciekawym, lokalnym instrumencie. Oba doświadczenia były świetne - poczuliśmy, że choć trochę liznęliśmy lokalnej kultury.
Na koniec jeszcze odwiedziliśmy klinikę, bośmy się troszkę struli, co okazało się nie takim złym doświadczeniem - zostaliśmy obsłużeni szybko, sprawnie i w języku angielskim. Następny przystanek: Nong Khiaw.
















Komentarze
Prześlij komentarz