Chiang Mai
Piszemy te słowa już po wyjeździe z Chiang Mai z poczuciem, że w Tajlandii im mniejsze miasto, tym przyjemniejsze. Bangkok zostawił nas z mieszanymi uczuciami - strasznie głośny (może to wina mieszkania niedaleko Khaosan Road), z nachalnymi sprzedawcami, targowaniem się i po prostu próbami naciągnięcia. Chiang Mai na tym tle okazało się dużo przyjaźniejsze - nikt nas nie naciągał i nagabywał, targi nawet pozwalały się poprzyglądać spokojnie bez konieczności ciągłego zapewniania, że na razie dziękujemy. Nocny bazar jest wielki! Wybór jedzenia jest wspaniały, szczególnie jak już się przyzwyczaiło do jedzenia z dość podejrzanej budki z mięsem leżącym na 30 stopniach przysypanym tylko lodem:) Na razie nasze żołądki nie protestują, więc jesteśmy zachwyceni.
Chiang Mai było przez długi czas stolicą niezależnego królestwa Lanna i jest wyraźnie inne niż środkowa część Tajlandii. Widać to także w świątyniach (ponoć jest ich trzysta) - mniej wypasione, za to bardziej klimatyczne z perspektywy laika. Mimo szacunku dla tego mniej nachalnego stylu najbardziej nam się chyba podobała bardzo wyrazista tzw. Srebrna Świątynia.
Pojechaliśmy też z przemiłym panem taksówkarzem do świątyni górującej nad Chiang Mai: Wat Phra That Doi Suthep. Tu dygresja o panu taksówkarzu: w trakcie jednego z przystanków przyszedł do nas (bo to była taka taksówka "na pace", tzw. songthaew, nie ma nic wspólnego z BHP) i z zaskoczenia zaczął pokazywać magiczne sztuczki. Po angielsku mówił bardzo słabo, ale bardzo dużo się uśmiechał i opowiadał o sobie. Jadąc później z nim (bo zostaliśmy z nim całe popołudnie) omówiliśmy politykę, rodziny, gospodarkę naszych krajów - wszystko za pomocą 100 słów. Przemiły człowiek.
Z tymże panem zwiedziliśmy Wat Phra That Doi Suthep oraz Wat Pha Lat. Ta ostatnia to bardzo klimatyczna świątynia wtopiona romantycznie w okoliczną przyrodę.
Na deser mnisi w songthaew:)









Komentarze
Prześlij komentarz